Wydaje mi się, że nie jestem podatna na reklamy typu „Nowy Nesbø, nowy X, nowy Y”. No dobrze, to co mnie skłoniło do sięgnięcia po tę książkę? Niby nie wierzę w takie sugestie, a jednak nie po raz pierwszy sięgam po książkę podświadomie skuszona reklamą, chociaż i tak wiem, że zapewnienia wydawcy nijak mają się do rzeczywistości. Nawet nie wiem, co miałaby mieć wspólnego ta powieść z jednym z najsłynniejszych norweskich twórców kryminałów. Nie ten bohater, nie ta akcja, nie to tempo wydarzeń, może trochę atmosfera, ale większość skandynawskich kryminałów obraca się w tej samej lub podobnej konwencji. Nie żałuję jednak, że wybrałam ten kryminał , bo jest to kawałek dobrej, rzetelnej sensacji, ale Nesbø to na pewno nie jest. Nie porwał mnie „Jaskiniowiec” od samego początku. Dopiero po jakimś czasie tak się wciągnęłam w lekturę, że ostatnią noc zarwałam, czytając do 4 rano, co zdarza mi się niezmiernie rzadko, jeśli w ogóle. Temat świetny, intryga bardzo dobra, tylko wykonanie trochę mnie rozczarowało. Na pewno odbioru nie ułatwiały te wszystkie norweskie i szwedzkie nazwiska i nazwy geograficzne, chociaż moje doświadczenia związane z kryminałem skandynawskim są dość bogate. Koniec pozostawił ogromne poczucie niedosytu, brakowało mi między innymi trochę szerszego, bardziej kompletnego wyjaśnienia tej niezwykłej i tragicznej sprawy. Ale wiadomo, lepszy pewien niedosyt, niż odwrotne do niego poczucie nadmiaru i przesytu. Nie ma sensu opisywanie treści, bo jeśli chodzi o kryminały to jest to, moim zdaniem, psucie przyjemności potencjalnemu czytelnikowi, a podstawowe wiadomości zawsze można znaleźć w notce wydawniczej. Jednak powiem, że przez te makabryczne, czasem wywołujące dreszcz obrzydzenia wydarzenia, na plan pierwszy wysuwa się niesamowita, choć powszechna, przejmująca do bólu samotność.